Każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje zwolnić. Nie chodzi o wakacje na drugim końcu świata ani o drogie spa. Czasem wystarczy parę dni w miejscu, gdzie czas płynie inaczej. Sam takiego szukałem. Przez lata jeździłem w góry, nad morze, do wielkich miast. Ale dopiero przypadkowy postój w niewielkiej miejscowości nad Bugiem pokazał mi coś, czego wcześniej nie dostrzegałem. Zatrzymałem się tam na jeden wieczór, a zostałem na trzy dni. To było w Drohiczynie. Jeśli ktoś chce sprawdzić, co tam można znaleźć, warto zajrzeć na stronę lokalnej wspólnoty, która prowadzi proste domy gościnne. Nikt nie oferuje tam luksusów. Jest za to cisza, poranna mgła nad rzeką i ludzie, którzy nie patrzą na zegarek.
Drohiczyn to miasteczko, na które większość kierowców tylko macha ręką. Leży na uboczu, między wysokimi wzgórzami. Ma starą katedrę, małą bibliotekę i jedną główną ulicę. Ale to właśnie ta zwyczajność działa kojąco. Nie ma tu atrakcji, które trzeba obowiązkowo zobaczyć. Można po prostu chodzić, patrzeć na stare domy, wsłuchiwać się w szum drzew. Wiele osób boi się takiej pustki. Myślą, że bez marketingu i fleszy nie da się wypocząć. A ja odkryłem, że przeciwnie – im mniej bodźców, tym głębiej oddech wchodzi w płuca.
Nie jestem mocno wierzący. Nie chodzi mi o religijne uniesienia. Szukałem zwykłego odpoczynku od hałasu informacji, od pędu. I znalazłem go w miejscu, które od wieków służyło jako przystanek dla podróżnych. Klasztor w Drohiczynie kiedyś przyjmował pielgrzymów, dziś przyjmuje wszystkich, którzy potrzebują chwili oddechu. W ogrodzie rosną jabłonie, w refektarzu pachnie chlebem. Nie ma telewizora, zasięg komórki ledwo łapie. I to jest wspaniałe. Człowiek musi sam zająć się sobą. Pocztać książkę, pogadać z kimś przy herbacie, albo po prostu posiedzieć na ławce i patrzeć, jak słońce opada nad Bugiem.
Czego uczą nas proste podróże
Kiedy wróciłem do miasta, ludzie pytali, co tam robiłem przez trzy dni. Uśmiechałem się i mówiłem: nic. A wcale nie było to nic. Nauczyłem się na nowo słuchać ciszy. W mieszkaniu w bloku nawet w nocy słychać sąsiadów, windę, samochody. Tam słyszałem tylko skrzypienie desek i bicie własnego serca. Brzmi jak frazes, ale to prawda. W takim miejscu łatwiej złapać dystans do rzeczy, które nagle wydają się ogromne – nieudany projekt w pracy, kłótnia z kimś bliskim, zaległe rachunki. Gdy siedzisz na brzegu rzeki i patrzysz, jak woda płynie, twoje problemy przestają być centrum świata.
Wiele osób szuka takich doznań w modnych miejscówkach. Rezerwują drogie resorty, kupują bilety na egzotyczne wyspy. Tymczasem w Polsce mamy całą sieć małych ośrodków, które działają od dziesięcioleci. Nie rzucają się w oczy, bo nie mają budżetu na reklamę. Często prowadzą je lokalne wspólnoty, czasem parafie, czasem fundacje. Właściciele nie traktują gości jak klientów, tylko jak gości. I to zmienia wszystko. Pamiętam, jak pierwszy raz wszedłem do takiego domu. Pani w kuchni zapytała, czy mam jakieś alergie, a potem przyniosła domowe konfitury. Nie ma karty dań, jest to, co akurat ugotują. I smakuje lepiej niż w niejednej restauracji.
Jak organizować taki wyjazd bez stresu
Kiedyś myślałem, że spontaniczność w podróżach jest najlepsza. Dziś wiem, że przy takich miejscach lepiej sprawdzić wcześniej, czy mają wolne miejsce i jakie są zasady. Niektóre domy gościnne przyjmują tylko na kilka dni, inne wymagają wcześniejszej rezerwacji. Warto też pamiętać, że nie ma tam obsługi pokoju ani całodobowego bufetu. To nie hotel. Trzeba liczyć się z prostymi warunkami – wspólna łazienka, drewniane łóżka, brak wifi. Dla niektórych to wada, dla mnie zaleta. Odkryłem, że gdy nie mam dostępu do internetu, zaczynam czytać książki, które czekały na półce miesiącami. Rozmawiam z ludźmi przy posiłkach. Wieczorem wychodzę na spacer bez żadnego celu.
Najważniejsze to zdać sobie sprawę, że taki wyjazd nie jest dla każdego. Jeśli ktoś potrzebuje stałej rozrywki, klubów, basenów, niech jeździ w inne miejsca. Ale jeśli czujesz, że w twojej głowie zapaliła się czerwona lampka przeciążenia, spróbuj na kilka dni wyłączyć się zupełnie. Drohiczyn pokazał mi, że prostota jest formą luksusu, którą kupisz bez wielkich pieniędzy. Wystarczy odrobina odwagi, żeby zostawić na chwilę swoje codzienne przyzwyczajenia. I otwartość na to, że najciekawsze rzeczy przychodzą wtedy, gdy ich nie planujesz.
